Powrót do Elli Meta zd. Gohl

Nie tak dawno temu, pisałam Wam o tym jak zupełnie znienacka „wyskoczyła” mi w toku moich genealogicznych poszukiwań, piękna kobieta o dźwięcznym imieniu Elli. Wówczas postanowiłam sobie, że postaram się zgromadzić na jej temat jak najwięcej informacji. Szło opornie, bo i informacji było niewiele – data urodzenia mogła się wydawać cudownym znaleziskiem, ale bez miejsca urodzenia, była niemalże niczym. Owszem było wskazanie obszaru bydgoskiego i tylko dzięki temu udało się coś „wydobyć”. Wbrew pozorom – nie „wydobyłam” aktu urodzenia, a …. akt małżeństwa! Ci, którzy mieli do czynienia z niemieckimi aktami małżeństwa, wiedzą jaka to gratka! Oprócz danych dotyczących małżonków – mamy szczegółowe dane Rodziców małżonków (wraz z datami i miejscami ich narodzin oraz datą miejscem ich zaślubin – czasem zdarzają się nawet numery aktów!). Dzięki temu odkryciu udało mi się ustalić co następuje. Elli Meta Kuhfeld(t) zd. Gohl urodziła się 13 października 1921 roku w miejscowości Dobrcz w powiecie bydgoskim. Jej Rodzicami byli Gustav Ferdinand Gohl – urodzony 18 sierpnia 1878 roku w miejscowości Gumbinnen (obecnie Gusiew, w obwodzie kaliningradzkim) oraz Ottilie Gohl zd. Klebe – urodzona 3 października 1886 roku w miejscowości Heimtal (Stara Buda – obecnie Jasenewka). Rodzice Elli pobrali się w Heimthal w dniu 28 kwietnia 1904 roku. Ojciec Elli był rolnikiem, a jego miejsce zamieszkania było w Weichselhorst (Włóki k. Bydgoszczy). Sama Elli poślubiła Hansa Harrego Kuhfeld(t)a w dniu 20 kwietnia 1940 roku w Bydgoszczy. Potem jak już udało mi się ustalić – udała się wraz z mężem do Kalisza, gdzie ubiegali się o wpis na Volksliste (1942). Krótko nacieszyli się swoim towarzystwem gdyż w 1945 roku urodził się syn Hansa Harrego – z inną kobietą. Teraz pozostaje odkryć co się działo pomiędzy 1942 a 1945 – kiedy to w miejscowości Westerland w Niemczech na świat przychodzi syn Hansa Harrego Kuhfelda z Marthą (jego żoną) – Dieter Kuhfeld (znany również jako Dennis). Normalnie założyłabym, że najpewniej nasza piękna Elli zmarła – wszak w Polsce szalała wojna. Jednak zaintrygował mnie pewien „rekord” który się pojawił poprzez MyHeritage

Elli Meta Moriconi

PrintScreen pochodzi z MyHeritage

Nasza Elli – jak wyraźnie wskazano w akcie małżeństwa oraz w aplikacji ubiegającej się o wpis na Volksliste – miała na drugie imię Meta. Zatem powyższy rekord zgadza się w stosunkowo dużym zakresie: pierwsze i drugie imię oraz nazwisko panieńskie. Udało mi się ustalić (dzięki uprzejmości Genealodzy.pl), iż Elli z rekordu miała męża Angelo Moriconi oraz syna – co dziwne – o nazwisku Troito. Czyżby nasza Elli rozwiodła się? Coś czuję że ciąg dalszy poszukiwań i jej historii nastąpi.

*** AKTUALIZACJA ***

Dopiero dziś udało mi się ustalić, że Elli Meta Kuhfeld(t) zd. Gohl doczekała się syna z Hansem Harrym Kuhfeldem! Syn ten Harry Ingo Kuhfeld urodził się 4 marca 1941 roku w Kaliszu! Kolejna niespodzianka wymagająca sprawdzenia!

*** Po kilku tygodniach pojawiła się kolejna niespodzianka – Elli Meta Kuhfeld(t) zd. Gohl miała z Hansem Harrym Kuhfeldem jeszcze jedno dziecko – Christę Ingeborg Kuhfeld, urodzoną w dniu 10 kwietnia 1942 roku w Kaliszu. Robi się zatem coraz ciekawiej!

Ród Klimkiewiczów

Zastanawiałam się czy popełnić ten wpis w takim kształcie jak zobaczycie to poniżej – gdyż tak naprawdę dotyczy on herbowego rodu Klimkiewiczów, z którymi (póki co) jeszcze nie odnalazłam żadnego połączenia. Potem jednak pomyślałam sobie, że może tego rodzaju wywód pomoże komuś innemu. Stąd ten wpis.

Zarówno w Rodzinie mojej Mamy męża, jak i w Rodzinie męża mojej Cioci, pojawiają się Klimkiewicze. Ktoś mógłby powiedzieć, że nazwisko jak każde inne – „może być ich jak mrówków”. Niemniej jednak, obie Rodziny w jakiś sposób widzą pewne podobieństwa między sobą, no i zaczęły się poszukiwania oparte na przeczuciu. Ponieważ ze strony Mamy męża Ciocia, która prowadziła piękne zapiski o historii rodzinnej twierdziła że „ich Klimkiewicze” byli herbu Przyjaciel – więc było łatwiej zacząć od „tych herbowych” (bo przynajmniej teoretycznie powinien być to stosunkowo wąski zakres poszukiwań). I tak:

herb

Herb Przyjaciel – źródło Wikipedia (autor Bastian)

Herb ten wywodził się z Litwy [Klimkevicius]. Wg herbarza – Klimkiewicze herbu Przyjaciel – byli religii Greckiej Schizmatycznej i wywodzą się od Hrehory Klimkiewicza (archimandryty w Moskwie), który miał syna Joachima (który dostał się do Polski na Ruś, będąc marszałkiem u dworu Rewery Potockiego /Stanisława Potockiego/ wojewody Ruskiego – przyjął wiarę Unii Rzymsko-katolickiej), który ożenił się z Terlecką. Z tego związku urodziło się dwóch synów: Aleksander Klimkiewicz i Gabriel Klimkiewicz.

Aleksander Klimkiewicz ożenił się z Solską i powił trzech synów i córkę:

* Antoniego (bezpotomny),

* Andrzeja (z Korycką – Józef Klimkiewicz i Ignacy Klimkiewicz; z Trzepieńską – Antoni Klimkiewicz i Marianna Klimkiewicz),

* Stefana i

* Mariannę.

Stefan Klimkiewicz był kapitanem regimentu gwardii pieszej Koronnej, ożenił się z Franciszką Skarzyńską (~1762-1839), z którą miał dwóch synów: Antoniego i Pantaleona, oraz cztery córki: Ewę, Bibiannę, Franciszkę i Katarzynę.

  • Antoni Stefan Klimkiewicz (3 V 1788 w Warszawie – 20 II 1867 w Goślicach, pow. Płocki) – jest autorem pamiętników 1830-1867 dostępnych z resztą w dolnośląskiej cyfrowej bibliotece; został odznaczony orderem Virtuti Militari, orderem Legii Honorowej; był oficerem Powstania Listopadowego, podporucznikiem armii Księstwa Warszawskiego. Filozof, który chciał zostać lekarzem, a poszedł do wojska by uniknąć przymuszenia przez rodzinę do wstąpienia do Seminarium duchownego. W dniu 10 listopada 1816 roku w Warszawie poślubił Cecylię Ryx (3 VIII 1795 – 15 X 1840) córkę Franciszka i Ludwiki Collign. Z tego związku miał syna Antoniego Franciszka Cecyliana Klimkiewicza (1817-1884) oraz córki: Józefę Cissowską, Cecylię Trzcińską, Franciszkę Zboińską. W 1833 roku nabył wraz z żoną majątek w Goślicach, gm. Bielsk, pow. płocki. Od 1864 roku majątek był własnością jego syna Antoniego i jego żony – Józefy z Bońkowskich (córki Ignacego Bońkowskiego /członka Senatu/ ślub w 1862 roku w Warszawie) oraz Józefy Cissowskiej, Cecylii Trzcińskiej oraz Franciszki Zboińskiej. Antoni był Radcą Dyrekcji Głównej Towarzystwa Kredytowego, ziemskim dziedzicem dóbr ziemskich we wsi Leszczyno Szlacheckie parafii Zagrobskiej (?) guberni płockiej

  • Pantaleon Klimkiewicz w 1816 roku poślubił Faustynę zd. Kadłubowską (wdowę po Janie Brzozowskim), córkę Pawła Kadłubowskiego (pisarza ziemskiego wyszogrodzkiego) i Antoniny z Cisowskich. Jednakże jego żona zmarła 25 XII 1833 roku. Pantaleon poślubił Juliannę z Grabowskich w 1854 roku (w miejscowości Ciachcin, pow. płocki) – córkę Franciszka i Józefy małżonków Grabowskich. Był dziedzicem ziem Żukowa. Miał z nią dwóch synów: Leopolda Anzelma Klimkiewicza (1836-1863 – zmarł jako kawaler) – oraz Aleksandra Józefa Klimkiewicza, który w 1877 roku w Warszawie poślubił Julię Filomenę Kamińską – córkę Stanisława Kamińskiego i Zefiryny zd. Rojkiewicz]. Pantaleon Klimkiewicz był majorem Wojska Polskiego, któremu nadano krzyż oficerski legii honorowej i medal św. Heleny (dla uhonorowania żołnierzy walczących pod sztandarami Napoleona w latach 1792-1815). Zmarł po długiej chorobie [wpis z Kuriera Warszawskiego z 1873 roku dotyczący śmierci Pantaleona Klimkiewicza lat 81]

Kurier Warszawski 1873

Fragment z Kuriera Warszawskiego z 1873 roku

* Leopold Anzelm Klimkiewicz – wchodził w skład oddziału jazdy przasnyskiej w sile ok. 50 ludzi. Poległ w dniu 23 sierpnia 1863 roku w potyczce stoczonej z kozakami pod Rzęgnowem w powiecie przasnyskim (pochowany w Pawłowie Kościelnym).

* Aleksander Józef Klimkiewicz miał z Julią zd. Kamińską córkę Magdalenę Halinę Klimkiewicz, która zmarła w 1885 roku w Warszawie oraz synów Cezariusza Klimkiewicza urodzonego w 1879 roku w Warszawie, Wacława Klimkiewicza urodzonego w 1881 roku w Warszawie (chrzczony był w 1886 roku).

Jak widać byli to niesamowici ludzie, o niesamowitych losach, po których został piękny ślad, np. w postaci pamiętników (fantastyczna gratka dla potomków). Na chwilę obecną nie udało mi się jeszcze odnaleźć informacji o dzieciach Andrzeja Klimkiewicza z jego obu małżeństw – a być może tam będzie się skrywał klucz do zagadki? Kto wie…

Fotograficzna wisienka na genealogicznym torcie…

Kiedy nosiłam się z zamiarem rozpoczęcia „blogowej” przygody w ramach prowadzonych przeze mnie badań genealogicznych, po głowie kołatało mi się wiele myśli. „Czy warto?” – to chyba najbardziej oczywiste i najbardziej absurdalne pytanie zarazem – bo jak wycenić „wartość” czegoś bezcennego? „Czy będę miała na to czas?” – to już bardziej prozaiczne pytanie, ale w dobie dzisiejszego zaganiania, jak najbardziej zasadne. „Kto to będzie czytał?” – to pytanie nieuchronnie łączy się z pierwszym i wcale nie wynika z jakiejś próżności, tylko z takiej, ludzkiej ciekawości – na zasadzie „kogo będzie interesowała historia mojej Rodziny”. Pytań było jeszcze wiele innych, ale zainspirowana przez cudowne Kobiety z portalu Genealodzy.pl – poszłam trochę na żywioł, ale poszłam. Teraz – zaledwie kilka miesięcy po tym jak na tym blogu pojawił się pierwszy wpis – mogę Wam Kochane powiedzieć, że jestem Wam niezmiernie wdzięczna bo dzięki temu poznałam… Ciocię! A dzięki niej otrzymałam zdjęcie moich Pradziadków, którego nikt w Rodzinie nie widział!

Helena i Zacheusz

I tak oczom moim ukazali się: Zacheusz Jastrzębowski i żona jego Helena Jastrzębowska zd. Ponieważ, którzy siedzą sobie – jak gdyby nigdy nic – na ławeczce. Prababcia wygląda jakby dopiero co przysiadła się do, wygodnie siedzącego Pradziadka. Ławeczka na której siedzą jest najprawdopodobniej ławeczką, która stała w pobliżu ich domu w Działdowie, a za nią miała rozpościerać się ogromna śliwa. Choć dla mnie to trochę wygląda jakby siedzieli gdzieś w pobliżu plaży a w tle majaczyły przesłonięte wydmy. Zdjęcia jeszcze nie pokazałam mojej Babci – uczynię to w tym tygodniu – może wówczas dowiem się czegoś więcej o tym zdjęciu. Tak czy inaczej jest to fotograficzna wisienka na moim genealogicznym torcie – która jest niemalże na wagę złota! Jeszcze raz dziękuję Cioci oraz Dziewczynom z Genealodzy.pl 

* Zdjęcie starałam się opisać inaczej niż dotychczas  - zainspirowana wpisem Pani Grażyny Rychlik na jej Blogu Genealogicznym – Praktykowanie Genealogii - na który serdecznie zapraszam.

*** EDIT ***

Po dzisiejszej rozmowie z jedną z córek Heleny i Zacheusza dowiedziałam się, że zdjęcie to było wykonane w Ciechocinku – gdzie Prababcia była kuracjuszką a Pradziadek przyjeżdżał by dotrzymać jej towarzystwa, no i pograć w karty od czasu do czasu :)

Naturalizacja na Australijczyka

Jakiś czas temu opisywałam „wielką ucieczkę” Heleny Kuhfeld zd Eigner wraz z jej synem Hansem Harrym i jego małżonką oraz synem do Australii. Pisałam również o tym, że pozyskiwanie dokumentów z Australii jest stosunkowo trudne (co w pewnym zakresie wciąż podtrzymuję). Niemniej jednak jest mi niesamowicie miło móc napisać coś nowego o tej gałęzi mojej Rodziny. W dniu wczorajszym na mojej skrzynce mailowej pojawiła się wiadomość z Australii a oczom moim ukazały się (bezpłatnie nadesłane) skany aktów naturalizacji: Heleny, Henryka (czyli naszego Hansa Harrego) oraz Marty. Niby nic z tych aktów nie wynika – poza tym, że stali się obywatelami Australii – a jednak.

Henry Kuhfeld

Pierwsza strona aktu naturalizacji Henryka Kuhfelda z 1955 roku

Pierwsza strona aktu naturalizacji nie wygląda obiecująco – zawiera wyłącznie ślubowanie, datę naturalizacji oraz coś w rodzaju poręczenia za daną osobę – najpewniej przez osobę posiadającą już obywatelstwo Australii. Jednakże druga strona dokumentu jest już o wiele bardziej obiecująca.

Henry Kuhfeld 2

Druga strona aktu naturalizacji Henryka Kuhfelda z 1955 roku

Ten fragment przede wszystkim wskazuje adres zamieszkania – tu mamy miejscowość Gulgong, ulica Mayne Street w Nowej Południowej Walii. Jest to o tyle istotne, że w chwili gdy naturalizowana była Marta (w 1958 roku) jej adres wskazywał na Anderson Avenue w Liverpool’u w Nowej Południowej Walii, a adres Heleny (naturalizowanej również w 1958 roku) wskazywał na adres w Muswellbrook również w Nowej Południowej Walii – co może świadczyć o tym, iż albo każde z nich mieszkało osobno, albo małżonkowie przeprowadzili się pomiędzy 1955 a 1958 rokiem, przy czym nie mieszkali wraz z Matką. Czytając dalej tę stronę, dowiadujemy się że Henryk był sprzedawcą, miał około 169 cm wzrostu i miał niebieskie oczy oraz czarne włosy. Dodatkowo do aktu naturalizacji Henryka przyłączony został jego syn Dieter – uwaga, uwaga znany jako Dennis! Co więcej obok daty urodzenia Dieter’a vel Dennisa jest wskazane miejsce jego urodzenia tj. Westerland w Niemczech (gdzie jak już się domyślacie, skieruję swoje dalsze poszukiwania dotyczące jego aktu urodzenia, a także może poszczęści mi się z aktem małżeństwa Henryka i Marty). O samej Marcie dowiedziałam się, że miała 165 cm wzrostu, oczy niebieskie i włosy koloru kasztanowego, a w chwili poddawaniu się naturalizacji wciąż była mężatką.

Wbrew pozorom, najistotniejszą informacją jest miejsce urodzenia Dieter’a – bo dzięki temu mogę rozpocząć poszukiwania jego aktu urodzenia, na podstawie którego może uda mi się poznać nazwisko panieńskie Marty, a dzięki temu będę wiedziała jak szukać jej aktu urodzenia i małżeństwa z Henrykiem (vel. Hansem Harrym). I tak po nitce do kłębka – może jednak uda mi się dojść do tego co stało się z Elli Kuhfeld zd. Gohl.

Medyczny aspekt genealogii

Wiele osób zajmujących się genealogią przynajmniej raz spotkało się z pytaniem „po co to wszystko?”. Pomijam fakt, że często to pytanie jest lekko bolesne dla genealoga, gdyż czai się w nim – zamierzona lub nie – chęć podważenia przydatności czy istotności jego działań. Można oczywiście tłumaczyć – „ku pamięci potomnych”, ale jak się potomków nie ma, to tym bardziej kwitnie postawione pytanie. Kolejnym uzasadnieniem jest „zwykła, ludzka ciekawość” lub „ciekawość historyczna”. Tłumaczeń może być wiele, ale chyba żadne nie przemówi tak dosadnie jak aspekt medyczny. Zupełnie innej wagi nabiera uzasadnienie „chcę zbadać historię medyczną Przodków” – wszak wiadomym jest, że zdrowie liczy się najbardziej.

Właśnie dzisiaj, otwierając przesyłkę z Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, moja wiedza co do zagrożeń – wobec mojej Mamy lub mnie – chorobami „dziedzicznymi” znacznie się wzbogaciła. Jak pisałam już poniżej – nie znałam mojego Dziadka od strony Mamy – mimo to w toku poszukiwań genealogicznych, całkiem sprawnie udało mi się odtworzyć znaczną część jego życia (w tym kariery naukowej). Jednak jak to mówią „apetyt rośnie w miarę jedzenia” – postanowiłam skierować zapytanie do ZUS o informację z dokumentacji płacowej. Wbrew pozorom nie zależało mi aby poczynić wgląd w zarobki Dziadka, ale na ustaleniu gdzie pracował, a także czy podlegał jakiemuś specjalistycznemu leczeniu. I tak oczom moim ukazała się Karta Wypisowa z dnia 6 września 1996 roku wskazująca, że Dziadek przebywał na Oddziale Szpitala w Warszawie w dniach od 12.08.1996 roku do 6.09.1996 roku w związku z przebytym zawałem ściany przednio-bocznej mięśnia sercowego! Ponadto chorował na cukrzycę typu II i miażdżycę zarostową tętnic kończyn dolnych.

2017_02_02_16_32_54

Fragment Karty Wypisowej

Choć z niechęcią to przyznam – rzuca to światło na konieczność pilnowania diety i zachowania zdrowej dawki ruchu aby móc wykluczyć lub zminimalizować możliwość wystąpienia u mnie (i u mojej Mamy) podobnych zachorowań.

Także, Kochani moi Czytelnicy, warto zajmować się genealogią chociażby właśnie z tego powodu – aby być zdrowym. Dlatego od dziś moja odpowiedź na pytanie „po co to?” odpowiadam „dla zdrowia!” :)

*** EDIT *** 

Na prośbę Czytelników (nawet nie wiecie jak miło jest to napisać) poszerzam swój wpis o opis procedury jaką przeszłam aby uzyskać dokumenty z ZUS. Skierowałam swoje zapytanie do Wydziału Świadczeń Emerytalno-Rentowych I Oddziału w Warszawie – miałam o tyle ułatwione zadanie, że osoba której dokumentów poszukiwałam miała miejsce zamieszkania w Warszawie – natomiast nie wiem czy poszukiwania nie są uzależnione od „rejonu” – w razie czego jak sądzę, wniosek zostanie przesłany do właściwego Wydziału lub Oddziału. Wraz z wnioskiem wysłałam kopie aktu zgonu Dziadka, akt urodzenia Mamy i akt jej ślubu (z uwagi na zmianę nazwiska po ślubie) oraz mój akt urodzenia (ostatni akt w oryginale) – wskazałam również stopień pokrewieństwa między mną a osobą, której dotyczyło zapytanie. Po około 3 miesiącach bezpłatnie otrzymałam kserokopie dokumentów (nie występowałam o uwierzytelnione kopie): zaświadczenie ukończenia studiów, charakterystykę zawodowo-personalną, świadectwa pracy, kartę wypisową ze szpitala, odpowiedź w związku z wnioskiem o przyznanie renty inwalidzkiej, kserokopie dyplomów.

Mój wniosek wyglądał mniej więcej tak:

 Szanowni Państwo,

zwracam się do Państwa z zapytaniem, czy w Państwa zasobach znajdują się dokumenty dotyczące:

  1. ………………………….. (ur…………………. zm ……………………… w Warszawie) – pokrewieństwo – dziadek – mieszkał w ………………………… (+ adres);

w szczególności dokumenty stanowiące:

a) zaświadczenia o stanie zdrowia,

b) świadectwa pracy i inne dokumenty dotyczące wykształcenia i przebiegu zatrudnienia

c) dokumenty pozwalające odtworzyć dane biograficzne moich Przodków

d) kopie dokumentów tożsamości

W przypadku braku dokumentów proszę o wskazanie – gdzie zostały one przekazane (Archiwum itp.) czy zostały zniszczone.

Powyższe dokumenty są niezbędne dla celów genealogicznych i sentymentalnych.

 Wyrażam zgodę na kontakt mailowy: .…………………………………….

Mam nadzieję że powyższe okaże się pomocne w poszukiwaniach :)

Nowy obszar… dla oddechu

Nie wiem jak pozostała część moich zacnych Koleżanek i Kolegów genealogów, ale ja od czasu do czasu dostaję już oczopląsu jak patrzę na zgromadzone przeze mnie materiały. Kartkowanie ich raz po raz, z nadzieją na odnalezienie dodatkowego znaku wskazującego nowy kierunek poszukiwań, z czasem staje się frustrujące – bo choćbyśmy nie wiem jak bardzo chcieli to nic nowego się na nich nie pojawi. Indeksowanie powtarzających się nazwisk z tego samego rejonu, również może przyprawić o zawrót głowy. I tak przychodzi taki moment kiedy niby już się nie chce – a jednak jeszcze trochę się chce. Cóż wówczas począć z tym tlącym się zapałem? Ja „pożytkuję” go w ten sposób, iż staram się przenieść – nie tyle ze swoimi poszukiwaniami, co ze zwykłą genealogiczną ciekawością lub chęcią pomocy – na zupełnie inny obszar. Tym sposobem zgłosiłam się by (póki co w niewielkim jeszcze stopniu) uczestniczyć w czymś, co być może kiedyś komuś pomoże w poszukiwaniach.

Jest taka strona www.rodygrodzienskie.pl na której pewien człowiek wpadł na fantastyczny pomysł przepisania i opublikowania pewnej zacnej księgi. Jak wiemy – funkcjonują fenomenalne biblioteki cyfrowe, ale niestety w ich zbiorach nie da się wyszukiwać w treści np. nazwisk. Stąd pomysł aby przepisać księgę – wówczas zrobi to za nas wyszukiwarka internetowa. Ponieważ jest to dość „opasłe tomisko” – jako że jest to Rewizja Generalna Ekonomii Grodzieńskiej 1676- 1680 – to wymaga pracy kilku osób (aby każdy mógł pozostać przy zdrowych zmysłach). Ja „połakomiłam” się na Klucz Łuniewski i stopniowo go przepisuję (kiedy trawi mnie bezsenność).

Pomyślcie tylko jakie by to było niesamowite ułatwienie, gdyby np. ktoś się pokusił o przepisanie książek telefonicznych / adresowych z lat 1900-1939. Spotkaliście się gdzieś z czymś takim? Pomysł wydawać się może zbyt ambitny, ale pomyślcie – gdyby tak pracowało nad tym więcej osób, nie musiałoby to zająć zbyt dużo czasu, a jakie ułatwienie w poszukiwaniach. Coś na wzór niesamowitej Geneteki.

Nieznana dotąd Elli Kuhfeld zd. Gohl

To że od strony mojego Taty większość Rodziny była pochodzenia niemieckiego było mi wiadome. Z resztą nie trudno było się tego domyśleć patrząc na nazwiska Pradziadków. Jest to delikatna kwestia, zważywszy w jakich wówczas czasach żyli, a także z uwagi na straszne i niewyobrażalne wydarzenia jakie miały wówczas miejsce. Liczyłam się z tym, że „kopiąc” mogę trafić na tzw. „niewygodną prawdę”, którą raczej powinno się schować gdzieś głęboko a nie paradować z nią publicznie. Ale od początku…

Kuhfeld Eigner

 

Helena Kuhfeld zd. Eigner i Karl Fryderyk Kuhfeld

Moi Prapradziadkowie – Karl Fryderyk Kuhfeld(t) i Helena Kuhfeld zd. Eigner mieszkali na początku XX wieku, a konkretnie do 1919 roku – w Gdańsku na dawnej ulicy Weidengasse nr 4. Jak się okazało w toku poszukiwań, w tym samym budynku mieścił się zakład fotograficzny Atelier F. Krause. Ale wracając do tematu – moi Prapradziadkowie w latach 1915 – 1916 powitali na świecie dwoje swoich dzieci – Ruth Stempniewicz zd. Kuhfeld oraz Hansa Harrego Kuhfelda. O ile historia Prababci Ruth była mi znana – tajemniczy wydawał się Hans Harry…

Z podań rodzinnych dowiedziałam się, że na skutek działań Heleny jej były już wówczas mąż (rozwiedli się w 1942 roku a Karl w 1943 poślubił swą drugą żonę Pelagię Kulczyk zd. Gatzkowski) w styczniu 1945 roku został deportowany do III Rzeszy gdzie następnie do 1947 roku przebywał w obozie dla dipisów DP-Lager Neustadt/Holstein [informacja z International Tracing Service - ITS - Bad Aroslen]. Gdy o tych „niecnych” zabiegach Heleny dowiedział się ówczesny mąż Ruth – zapowiedział, że lepiej dla Heleny będzie jeśli – nazwijmy to delikatnie – się nigdy nie spotkają. Helena chyba czując pismo nosem uciekła wraz ze swym synem Harrym do Włoch, a stamtąd (z Neapolu) statkiem Castelbianco do Australii. Idąc tym tropem udało mi się odnaleźć manifest z tego statku – piękny, wręcz wymarzony bo napisany na maszynie do pisania a w nim…. niespodzianka.

kuhfeld statek

Fragment manifestu z 1949 roku

Okazało się wraz z Heleną jak i Harry’m uciekała na tym statku żona Harry’ego Marta i jego syn Dieter! Moje poszukiwania natychmiast przeniosły się na inny kontynent. Niestety szybko okazało się, że poszukiwania w Australii są stosunkowo drogie (odpis aktu zgonu $32), nie ma czegoś takiego jak nasza cudowna Geneteka choć są też niektóre parafie skatalogowane i udostępnione na Ancestry i tym podobnych stronach ale moich przodków tam nie znalazłam. Część aktów jest dostępnych ale tylko wówczas gdy np. osoby poszukujące, same udostępniają je na wyznaczonych stronach. No więc klops. Poszukiwania szły jak po grudzie aż do momentu gdy nie otrzymałam odpowiedzi z National Archives of Australia, która zawierała informacje dotyczące dat urodzin wszystkich 4 osób podróżujących.

NAoA

Fragment odpowiedzi z National Archives od Australia

Znając ich daty urodzenia, łatwiej było rozpocząć poszukiwania ich aktów zgonu – aby ustalić czy zmarli w Australii czy może wyemigrowali dalej. W przypadku Heleny i jej syna Hansa Harry’ego okazało się, że zmarli w Australii – ona w 1981 roku, a on w 1978 roku. Ze strony na której znalazłam informację o ich śmierci wynikało że ojciec Heleny również zmarł w Australii (Macquarie Fields), co wyjaśniałoby dlaczego uciekli akurat tam. Natomiast nie znalazłam żadnego śladu śmierci jego żony i syna. Przez to trochę utknęłam. Wyszukiwarki milczały. Aż pewnej nocy (jak to w życiu Genealoga bywa) natrafiłam zupełnie przypadkiem na wycinek z gazety Wellington Times z 8 lipca 1954 roku, z którego wynikało, że Henryk Kuhfeld i Marta Kuhfeld byli znani jako Henry Caufield  i Marta Caufield, a także że zamierzają ubiegać się o naturalizację!

Kuhfeld gazeta

Fragment z Gazety Wellington Times z 8 lipca 1954 roku

Pełna nadziei, ponowiłam wszystkie dotychczasowe poszukiwania – tym razem poszukując zmienionego nazwiska. Niestety – nadzieja tak szybko jak się pojawiła, tak zniknęła. Ani śladu Marty ani Dietera. Co więcej, zastanawiało mnie dlaczego pomimo informacji z 1954 roku o naturalizacji, w rejestrze zmarłych Harry wciąż widniał pod nazwiskiem Kuhfeld (a nie Caufield). Może jednak do tej naturalizacji nie doszło? Postanowiłam wrócić do podstaw i uderzyć do polskich archiwów państwowych w nadziei na jakiś ślad o małżeństwie Harrego i Marty… czy jakikolwiek inny… Pomyślałam, że jako osoby o niemieckobrzmiącym nazwisku powinny widnieć na Volksliste. Nie myliłam się. Otrzymałam kopię jego teczki a tam….

Harry i Elli

Elli Kuhfeld zd. Gohl i Hans Harry Kuhfeld

Okazało się że miał jeszcze jedną żonę! Elli Kuhfeld zd. Gohl urodzoną w 1921 roku. Co się stało z tą piękną kobietą? Teraz to będzie nowy – nieoczekiwany – cel poszukiwań…

WP_20170123_10_41_16_Pro

Fragment ankiety Hansa Harrego Kuhfelda

Odkrywanie nieznanych członków Rodziny cz. 2

Jak wspomniałam poprzednio – przypadki nieznania członków czasem nawet najbliższej Rodziny, są dość częste w historii mojej Rodziny. Poprzednim razem pisałam o moim Dziadku, tym razem będzie to wpis o moim… Tacie, który zginął w wypadku samochodowym w kilka miesięcy po moich narodzinach. Zarówno jego postać jak i pozostałych członków Rodziny z jego strony (z jego gałęzi) wciąż ma przede mną wiele tajemnic, ale dzisiaj skupić się chcę na nim…

Urodził się 30 września 1960 roku w Bydgoszczy jako jeden z trzech synów Jana i Haliny zd. Guenther małżonków Stempniewicz. Swoją edukację rozpoczął od Szkoły Podstawowej nr 14 przy ulicy Nakielskiej 11, a następnie w Szkole Podstawowej nr 29 imienia Anieli Krzywoń w Bydgoszczy (klasa siódma i ósma).Cóż tu dużo pisać – uczniem był dostatecznym o dobrym sprawowaniu. Nauki swoje następnie kontynuował w Zasadniczej Szkole Budowlanej w Zespole Szkół Budowlanych nr 1 imienia J. Gagarina w Bydgoszczy, którą ukończył w 1978 roku w zawodzie malarza budowlanego. 

WP_20170102_21_28_56_Pro

Świadectwo ukończenia szkoły zawodowej

W niedługim czasie po ukończeniu Szkoły Zawodowej, został zatrudniony na czas nieokreślony przez WUSP Oddział nr 11 Zakłady Fryzjersko-kosmetyczne jako malarz. Odbył również służbę wojskową w Kaszubskiej Brygadzie Wojsk Ochrony Pogranicza, gdzie oprócz swych „żołnierskich” obowiązków również należał do zespołu Zielone Otoki, z którym to jeździł po Polsce (głównie po festiwalach piosenki żołnierskiej) i śpiewał.

WP_20170102_21_27_35_Pro

Po odbyciu służby wojskowej ponownie znalazł zatrudnienie w swym zawodzie i podejmował pracę jako malarz w Spółdzielni Pracy Fryzjersko-Kosmetycznej (w Dziale Technicznym) czy w Ośrodku Sportu i Rekreacji w Bydgoszczy (przy ul. Chopina 11a) na obiekcie „TORBYD”. Odbył również kurs przygotowujący do egzaminu kwalifikacji w zawodzie: czeladnik malarz pod auspicjami Kuratorium Oświaty i Wychowania w Bydgoszczy, który ukończył z wynikiem pozytywnym.

WP_20170102_21_31_02_Pro

Dyplom uzyskania tytułu mistrza w zawodzie malarz budowlany

W 1983 roku uzyskał tytuł mistrza w zawodzie malarz budowlany, lecz zanim stał się mistrzem to w dniu 9 lipca 1982 roku poślubił moją Mamę. Z tego związku doczekali się dwójki dzieci – mojej siostry, która wkrótce po narodzinach zmarła z uwagi na liczne wady rozwojowe organów wewnętrznych i mnie – urodzonej w lutym 1984 roku. Wszystko miało zacząć się układać – otworzył działalność malarską, a nawet udało się jemu zakupić samochód – fiat 125p. Niestety w dniu 5 listopada 1984 roku – zginął w wypadku samochodowym w Szubinie.

WP_20170102_21_27_14_Pro_a

Akt zgonu Tadeusza Stempniewicz

Podczas jazdy, z lasu, przez który przejeżdżał wraz ze swoim bratem (a moim Ojcem Chrzestnym) wybiegł mężczyzna – przez co chcąc uniknąć potrącenia go, Tata skręcił i uderzył w nadjeżdżającą z naprzeciwka ciężarówkę. Z tą chwilą kontakty z Rodziną ze strony Taty praktycznie ustały, a ja wraz z Mamą pojawiłam się w Gdańsku.

Mimo że zachowało się kilka jego fotografii, kilka dokumentów a nawet przedmiotów, nie przetrwało żadne moje wspomnienie o nim i niestety nawet najlepiej wykonana genealogiczna praca nie „dokopie” się do tego. Co nie zmienia faktu, że wciąż warto szukać… i odkopywać to co zostało – gdziekolwiek.

WP_20170102_21_31_31_Pro_a

Fragment wniosku dowodowego jeszcze za czasów kawalerskich ;)

Odkrywanie nieznanych członków Rodziny

Długo zastanawiałam się czy popełnić ten właśnie wpis… może być on dla niektórych osób dość niewygodny… przykry… smutny… Niestety genealogia ma również i tego rodzaju strony, kiedy staje się już nie twarzą w twarz ale bardziej „z nosem w papierach”, które już tylko pozostały… a wszystko dlatego, że pewne okoliczności sprawiły, że pomimo iż byli bliscy (pod względem stopnia pokrewieństwa) to na skutek różnych życiowych perturbacji zniknęli gdzieś „po drodze” (niestety w moim drzewie jest kilka takich przypadków). Mowa będzie o moim Dziadku, którego nigdy nie poznałam.

Urodził się 24 sierpnia 1933 roku w Kustrawie (powiat leżajski) k. Krzeszowa, w rodzinie – jak sam określił – chłopskiej. Wg informacji zamieszczonych na portalu Wirtualny SztetlPierwsza pisemna wzmianka o Krzeszowie pojawiła się w 1390 roku, w dokumentach Jaśka Kustry, dziedzica Krzeszowa, miejscowość występuje w brzmieniu łacińskim Crzeszow. Przeprowadzone po II wojnie światowej badania archeologiczne dowodzą, że na terenie dzisiejszego Krzeszowa we wczesnym średniowieczu istniała osada, należąca najprawdopodobniej do państwa Wiślan. Historycy wywodzą nazwę od staropolskiego imienia Krzesz i zaliczają je do miejscowości znanych już w XII wieku. Potwierdzają to badania Rudolfa Jamki, który natrafił na terenie Krzeszowa na szczątki wczesnośredniowiecznego pieca. Spolszczoną już nazwę Krzeszów zawierają rejestry poborowych, które zostały sporządzone w roku 1515. Jak podają dostępne dokumenty, w tymże roku królewszczyzna krzeszowska obejmowała pięć pobliskich miejscowości, a w samym Krzeszowie działało wówczas siedem karczem, dwa szynki i młyn. Już od XV wieku Krzeszów był ważnym portem rzecznym na Sanie, to z niego tratwami spławiano towary do Warszawy, Płocka, Torunia, Elbląga, Gdańska.”

569131374777224d6a136a66045612fc

Fotografia autora nieznanego z 1916 roku (pochodzi z portalu Wirtualny Sztetl) przedstawiająca Rynek w Krzeszowie w pobliżu Kustrawy

Jego Rodzicami byli Mikołaj i Maria zd. Pacoń małżonkowie Lipianin, którzy nie mając własnej ziemi, pracowali jako robotnicy rolni. Z uwagi na trudności materialne, jego Ojciec wyjechał przed II Wojną Światową do pracy w Niemczech i – wg jego wiedzy – podczas wojny zginął. On sam zaś podczas okupacji mieszkał z Matką i siostrą w rodzinnej wsi. Tam też uczęszczał do Szkoły Podstawowej, gdzie ukończył tylko 4 klasy, ale materiał z pozostałych klas przerobił samodzielnie. Po wyzwoleniu – z uwagi na utrzymujące się trudności materialne w domu – został on przyjęty przez swoich krewnych z Górnego Śląska (m. Ciasna, pow. lubliniec), gdzie po zdaniu egzaminu z materiału obejmującego klasy poprzednie, został przyjęty do 7 klasy, a następnie w 1949 roku ukończył Szkołę Podstawową z wynikiem bardzo dobrym! W 1953 roku ukończył Liceum Ogólnokształcące w Biłgoraju z oceną bardzo dobrą i dyplomem przodownika nauki i pracy społecznej. Następnie wyjechał na studia do Moskwy gdzie studiował w Moskiewskim Instytucie Geodezji, Aerofotogeodezji i Kartografii. Praktykę przeddyplomową odbył w Azji Środkowej w Górach Tienszan i Pamir. Jego praca dyplomowa nosiła tytuł „Wielkoskalowe zdjęcia lotnicze” i została przez niego obroniona na ocenę bardzo dobrą. W 1958 roku otrzymał tytuł magistra, a w 1960 podjął pracę w Państwowym Przedsiębiorstwie Fotogrametrii w Warszawie. Po dwóch latach przeniósł się do pracy w Instytucie Geodezji i Kartografii a następnie do Zakładu Astronomii gdzie zajmował się zagadnieniem geodezji satelitarnej. Był również wykładowcą na Uniwersytecie w Benghazi (w Libii) gdzie pracował nad podręcznikiem dla studentów. Po powrocie w latach 80-tych pracował jako geodeta.

WP_20161217_20_57_41_Pro

Zaskakujące może się wydawać, skąd tak dokłada wiedza o kimś kogo się nigdy nie widziało… Zagadkę bardzo łatwo można rozwikłać jednym hasłem – dokumentacja pracownicza. Dzięki tym informacjom udało mi się jeszcze ustalić, że Dziadek miał na swoim koncie dwa patenty – jeden z 1971 roku dotyczący Sposobów określania deformacji zdjęć fotogrametrycznych, drugi również z 1971 roku dotyczący Sposobów orientacji zdjęcia fotogrametrycznego zwłaszcza terrofotogrametrycznych.

patenty

Co ciekawe na jego prace powoływały się nawet opracowania rządowe USA (w szczególności na publikację która ukazała się w Biuletynie Instytutu Geodezji i Kartografii w latach 60-tych, a której tytuł w języku angielskim brzmiał: „Determination of Spatial Coordinated of a Satellite on the Basis of Two Photographs in the case of a Vertical Position of the Camera)!

WP_20161217_20_59_04_Pro

W 2014 roku w toku moich badań genealogicznych dowiedziałam się, że zmarł w 1998 roku w Warszawie.

Pomimo usilnych poszukiwań wciąż nie udało mi się odnaleźć ani aktu urodzenia Dziadka, ani aktu małżeństwa jego Rodziców, a moich Pradziadków – przez do gałąź od Mikołaja Lipianina póki co świeci pustkami. Natomiast jeśli chodzi o Prababcię – Marię Lipianin zd. Pacoń to była ona córką Jerzego i Anny zd. Lipianin (!) małżonków Pacoń i wnuczką Michała i Katarzyny zd. Kruk małżonków Pacoń oraz Dymitra i Katarzyny zd. Sadło małżonków Lipianin.

Ciekawi mnie czy w swoich poszukiwaniach też macie takie „trudne punkty” w Waszych drzewach… takie, które sprawiają, że zaczynacie się zastanawiać czy lepiej jest nie wiedzieć czy jednak wiedzieć…? Osobiście mam wielki szacunek do przeszłości i staram się jej nie obawiać, choć przyznam, że nie raz (i pewnie nie dwa) zadrżała mi ręka przy otwieraniu korespondencji zawierającej genealogiczne nowinki…

Idą Święta, a wyszło dość pesymistycznie… Wybaczcie mi… Kochani… z okazji zbliżających się Świąt, pragnę życzyć Wam zdrowia, niezapomnianych chwil z rodziną przy wigilijnym stole, przy którym może zamiast tematu polityki warto poruszyć wspomnienia, które następnie mogą nas zainspirować do dalszych poszukiwań lub wzbogacą nasze dotychczasowe odkrycia, odwagi, pomysłowości, niesamowitych odkryć, owocnych „olśnień” w środku nocy przy przeglądaniu metryk ale przede wszystkim miłości… ciepła w sercu… uśmiechu na twarzy :) Wesołych Świąt!

Mało znana gałązka – czyli Przodkowie z drugich małżeństw

Kiedy rozpoczynałam swoje poszukiwania genealogiczne, myślałam sobie że pójdzie szybko, gdyż kiedyś nie było tak licznych rozwodów przez co posiadanie kilku „eksów” i ich dzieci będzie bardzo okrojone – o ile nie całkowicie zniwelowane. Wypadli mi z głowy wdowcy i wdowy. Dość naiwnie sądziłam, że moi Przodkowie byli niczym łabędzie i dobierali się ze sobą tylko raz jeden na całe życie – co oznaczało, że po śmierci jednego, drugie do końca swych dni żyło pamięcią i miłością do tego pierwszego. Oczywiście miało się to nijak do rzeczywistości – dość brutalnej i (dosłownie) przyziemnej. Stąd zdarzało się że już po kilku miesiącach od śmierci jednego z małżonków, drugi z nich zawierał nowy związek małżeński. Jak sądzę było to związane z koniecznością pomocy przy prowadzeniu domu, gospodarstwa czy opieką nad dziećmi. Dlaczego jednak pamięć o tych „nowych” gałązkach rodziny gdzieś uleciała? Przecież dzieci z pierwszego jak i drugiego małżeństwa najczęściej chowały się razem! Spróbujmy przywrócić im pamięć…

Wspomniany już kiedyś przeze mnie Wawrzyniec Ponieważ – Ojciec Adama Ponieważ (a mój Praprapradziadek) - urodził się w dniu 12 sierpnia 1834 roku w miejscowości Lewiczyn, w guberni Płockiej, jako syn Michała Ponieważ włościanina gospodarza w Lewiczynie i Katarzyny zd. Zygner. Do Chrztu był podany w dniu 17 sierpnia 1834 roku przez swego Ojca, a jego Rodzicami Chrzestnymi byli Wawrzyniec Dębski i Katarzyna Pawełka. 

Wawrzyniec Ponieważ w dniu 20 października 1867 roku poślubił wdowę po Walentym Sołydze (zmarłym w 1866 roku) – Ewę z domu Dylewską – córkę Bartłomieja i Apolonii z domu Olka, małżonków Dylewskich. Ewa Ponieważ z domu Dylewska urodziła się w dniu 25 lutego 1842 roku w miejscowości Kęczewo (należącej do parafii Lipowiec Kościelny). Do Chrztu podawał ją jej Ojciec (wyrobnik), a jej Rodzicami Chrzestnymi byli Romuald i Józefa Strogulscy.

AM Wawrzyniec i Ewa Ponieważ

Akt małżeństwa Wawrzyńca Ponieważ i Ewy Sołygowej zd. Dylewskiej

Zanim jednak do tego doszło to w dniu 26 stycznia 1862 roku w miejscowości Turza Wielka (parafia Lipowiec) Ewa z domu Dylewska poślubiła Walentego Sołygę (1830-1866) – syna Wojciecha i Katarzyny z domu Jaworskiej, małżonków Sołygów. Z tego związku urodziło się dwoje dzieci (przyrodnie rodzeństwo Adama Ponieważ): Józef Sołyga (urodzony 21 listopada 1864 roku w Lipowcu) i Marianna Bucholska (z domu Sołyga – urodzona 20 listopada 1866 roku w Turzy Wielkiej), która następnie w 1896 roku poślubiła Adama Wójciaka (żołnierza rezerwy Armii Rosyjskiej – syna Wawrzyńca i Anny zd. Welenc małżonków Wójciak). Natomiast ze związku Adama i Marianny małżonków Wójciaków urodziło się co najmniej dwoje dzieci – Stefania Wójciak (ur. w 1899 roku) i Adam Wójciak (ur. w 1907 roku).

Po śmierci Walentego Sołygi doszło do zawarcia związku małżeńskiego przez wdowę po nim z moim Ponieważem – i tak ze związku Wawrzyńca i Ewy z domu Dylewskiej małżonków Ponieważ urodziło się pięcioro dzieci: Adam Ponieważ (6 lutego 1870 – 1920), Józef Ponieważ (9 stycznia 1874 – 1875), Franciszka Wójciak z domu Ponieważ (15 czerwca 1878 – ?), Ewa Ponieważ (1884-1885) i Jan Ponieważ (1888 – 1890) – jak widać tylko dwoje z nich dożyło wieku dorosłego. Franciszka Ponieważ poślubiła w 1905 roku Leona Wójciaka (brata męża swej przyrodniej siostry Marianny zd. Sołyga!) – żołnierza rezerwy Armii Rosyjskiej i z tego związku urodziło się co najmniej troje dzieci: Jan Wójciak (1907-?), Genowefa Wójciak (1910-?) i Józefa Wójciak (1911-?).

Po śmierci Wawrzyńca Ponieważ – wdowa po nim (matka Franciszki Wójciak z domu Ponieważ) Ewa Ponieważ z domu Dylewska, mieszkała przy swej córce Franciszce i jej mężu Leonie. Jedną z osób poświadczających zgon Ewy Ponieważ z domu Dylewskiej był wspomniany powyżej brat Leona – Adam Wójciak.

Jak widać do Rodziny Ponieważów śmiało można dopisać nazwisko Sołygów oraz Wójciaków gdyż ich drogi aż w dwóch miejscach łączą się ze sobą – jednak nigdy w żadnym podaniu rodzinnym owe nazwiska nie padły… Coś czuję, że trzeba będzie to zbadać…

Co robi Genealog w tzw. międzyczasie

Każdy kto chociaż przez dłuższą chwilkę zajmował się genealogią wie, że przychodzą takie chwile spowolnienia…oczekiwania na wynik kwerendy… na przesyłkę… czas „trawienia” informacji… poszukiwania wskazówek… czyli tzw. międzyczas. Co robi wtedy genealog? Pracuje inaczej… Przynajmniej ja tak mam – więc pozwolicie, że będę pisała z własnej perspektywy. Proszę nie myśleć, że nic innego w życiu nie robię jak tylko zajmuję się „gmeraniem” w przeszłości – wręcz przeciwnie – natomiast jestem osobą, której deficyt snu nie przeszkadza, stąd kiedy inni słodko śpią, to ja albo pracuję zawodowo albo genealogicznie. I tak nocami, w tym międzyczasie poszukuję np. starych fotografii z miejscowości, z których okolic wywodzili się moi Przodkowie… map… historii związanych z regionem… pocztówek… przetrząsam fora internetowe w poszukiwaniu osób być może poszukujących tych samych ludzi co ja… Jak widać na brak zajęć nie można narzekać. Po paru latach interesowania się genealogią zostałam zachęcona aby rozpocząć indeksowanie. Dla niewtajemniczonych powiem tylko że wygląda to mniej więcej tak: jeden pasjonat udaje się do Archiwum lub Parafii i wykonuje fotokopie ksiąg metrykalnych, potem przesyła do innych pasjonatów którzy to składają i zamieszczają na portalu genealodzy.pl by inni pasjonaci mogli dokonać indeksacji, tj. przeczytania wszystkich aktów np. urodzenia i spisania w odpowiednie rubryki przystosowanej do tego tabeli (imię, nazwisko, data urodzenia/ślubu/zgonu – w zależności od aktu, imiona rodziców, miejscowość itp.). Przykładowy fragment indeksowanego akurat teraz przeze mnie Lipowca Kościelnego z 1828 roku wygląda tak (akta urodzeń)

przykład indeks

Fragment arkusza indeksacyjnego

Ktoś mógłby zapytać – po co? Ano właśnie po to, że dalej ta tabela trafia do informatycznych magików i po weryfikacji jest zamieszczana na w/w portalu i dzięki temu powstała – i wciąż się powiększa – wyszukiwarka, która pomaga wyszukać konkretną osobę i związany z nią akt – po wpisaniu nazwiska. Kiedy zaczęłam swoją przygodę z indeksowaniem, stan Geneszukacza (czyli wyszukiwarki) przedstawiał się następująco:

1.03.2013

Print Screen ze strony genealodzy.pl z 2013 roku

Już wówczas blisko dziewięciomilionowy wynik robił na mnie ogromne wrażenie – i naiwnie myślałam, że w taki układzie już nie wiele pozostało do zrobienia (o naiwności!)… Zaczęłam od miejscowości Grudusk… zupełnie niezwiązanej z obszarem moich poszukiwań, ale miało to swoje zalety bo nie skupiałam się aby wyłowić z danych ksiąg kogoś „swojego”. Potem przyszedł czas na Chorzele… potem Bogurzyn… a teraz Lipowiec Kościelny… i tenże Lipowiec jest już moim obszarem zainteresowania – i to też ma swoje zalety, gdyż mam większą motywację do indeksacji :) Naturalnie przeważnie jest tak, że nie ja jedna indeksuję daną parafię – przyczyna jest prosta – danych jest strasznie dużo, a część jest w języku rosyjskim, który niestety nie jest mi znany. Niemniej jednak na chwilę obecną mogę się pochwalić że blisko 5,5 tyś wpisów jest moich – i wciąż pracuję nad kolejnymi. Na dzień dzisiejszy Geneszukacz wygląda tak:

27.11.2016

Print Screen z genealodzy.pl z 2016 roku

Prawda, że imponująca różnica? Blisko 20 milionów rekordów! Praca i zaangażowanie ludzi, którzy tworzą tę wyszukiwarkę zupełnie nieodpłatnie i udostępniają ją również zupełnie bezpłatnie – napawa optymizmem. A proszę mi wierzyć, że ta wyszukiwarka jest ogromnym ułatwieniem w poszukiwaniach – szczególnie tych początkowych albo gdy nie wiemy gdzie zacząć. 

Jak widać, zawsze jest coś do zrobienia… a czasem podczas takiej indeksacji można zupełnie przypadkiem natrafić na coś, co w jakiś dziwny sposób do tej pory nam umykało – i znów rozwiązać jakąś niesamowitą zagadkę :)

Od Bucholskich po Amejków aż do USA

Poprzednio pisałam o Rodzinie Adama Ponieważ, którą założył wraz ze Stanisławą z domu Bucholską. Dziś chciałabym zaprosić Was w szczególną dla mnie podróż – znów za ocean, ale tym razem z zakończeniem wśród żywych!

Jak już wszyscy wiemy z poprzedniego wpisu, Stanisława Ponieważ z domu Bucholska urodziła się w 1880 roku w Lewiczynie z Mikołaja i Julianny (z domu Bęcławskiej) Bucholskich. Jej Rodzice mieli 13 dzieci [Ignacego, Helenę, Mariannę, Juliannę, Ewę, Annę, Apolonię, Józefa, Adama, Józefę, Bolesława, Antoniego i Stanisławę - 4 dzieci zmarła wkrótce po narodzinach] – i właśnie na Józefie chciałabym się dzisiaj skupić (na wstępie zaznaczam, że jeszcze wielu kwestii nie udało mi się do końca ustalić – ale genealogia ma właśnie to do siebie, że się nigdy nie kończy). Józefa Bucholska urodziła się w 1885 roku w Lewiczynie.

AU Józefa Bucholska

 

Akt urodzenia Józefy Bucholskiej

W przypadku Józefy Bucholskiej nie byłoby nic szczególnego, gdyby nie to, że nie natrafiłam dotychczas na jej akt małżeństwa, a tymczasem w roku 1908 w księdze urodzeń, pojawiają się dwa wpisy, wskazujące na to, że w Scranton w 1907 roku urodził się Edmund a w 1908 roku w Lewiczynie urodził się Henryk Amejko – z Szymona Amejki i jego żony Józefy z Bucholskich!

AU Edmund Amejko

Akt urodzenia Edmunda Amejko

AU Henryk Amejko

Akt urodzenia Henryka Amejko (który zmarł w 1909 roku w Lewiczynie)

Ktoś mógłby pomyśleć – Józef Bucholskich na tym obszarze mogło być przecież kilka, skąd pewność, że ta to właśnie TA?! No i w tym przypadku przydało się i okazało się prawdziwe jedno z podań rodzinnych, wskazujących jakoby Józefa poślubiła Amejkę. Co więcej sprawdziło się, że wybyli za wielką wodę… W pierwszej kolejności udało się ustalić, że Szymon Amejko udał się do USA w 1900 roku na statku Dresden do osoby o imieniu Franciszka Ameyko (nie udało się jeszcze ustalić kim ona była dla Szymona)

szymon amejko 1900 manifest

Fragment Manifestu z 1900 roku

Niespodzianką, wydaje się być fakt, iż w 1905 roku Józefa Bucholska również odbywa podróż do Stanów Zjednoczonych. W tym celu wypływa z portu w Bremen na statku Stuttgart do portu w Baltimore a docelowo do miejscowości Scranton w Philadelphii – uwaga, uwaga do swego kuzyna (jak to określiła w Manifeście) Adama Ponieważ – męża swej siostry Stanisławy. Nie wiadomo co oznacza przekreślenie na w/w Manifeście.

józefa bucholska manifest 1905

Fragment Manifestu z 1905 roku ze strony FamilySearch

Moje ogromne zamiłowanie do komedii romantycznych, podsuwa mi pewien scenariusz – czyżby dwie osoby, wywodzące się z tej samej miejscowości w Polsce, poznały się i zakochały w sobie w USA?

Kolejnym odnalezionym Manifestem z podróży Szymona Amejko do USA okazał się Manifest statku Badenia z 1909 roku.

USA Szymon Amejka

Karta pasażera Szymona Amejko ze strony Ellis Island

szymon amejko 1909 manifest

Fragment Manifestu z 1909 roku – w pozycji 8 – Simon Ameyka

Z manifestu, którego fragment przedstawiono powyżej, wynika że Szymon podróżował sam. Manifest ten wskazuje również, że był on z zawodu górnikiem i miał 32 lata – co świadczyłoby o tym, iż urodził się około 1877 roku (aktu urodzenia jeszcze nie udało mi się odnaleźć).

Na chwilę obecną nie udało mi się odnaleźć aktu małżeństwa Szymona i Józefy – ani w Polsce ani w USA, jak również nie udało mi się odnaleźć informacji kiedy ponownie Józefa (i pod jakim nazwiskiem) powróciła do USA po 1909 roku – ale to że tam powrócili i zamieszkali na stałe jest pewne. W 1912 roku rodzi się ich córka Wanda, w 1914 syn Czesław (który umiera w tym samym roku), w 1915 córka Henrietta, w 1917 córka Florentyna (zmarła w 1918 roku), w 1920 córka Helena, w 1921 syn Józef a w 1922 córka Irena – wszystkie dzieci urodzone w Scranton.

cenzus 1920

Fragment cenzusu z 1920 roku – opis rodziny Szymona, Józefy, Edwarda, Wandy, Henrietty i Heleny

 Przez długi czas na tym spoczęły moje poszukiwania związane z tą gałęzią Rodziny – do czasu aż odkryłam stronę Lackawanna w Scranton, która ma zakładkę poświęconą genealogii a w niej można znaleźć cudowne scany dokumentów – od aktów zgonu, małżeństw po testamenty czy dokumenty związane z otwarciem spadku. W ten oto sposób udało mi się ustalić współmałżonków dzieci Szymona i Józefy, a także ich wnuczęta. Tu otworzyły się przede mną nowe możliwości, gdyż za sprawą mediów społecznościowych udało mi się nawiązać kontakt z bardzo daleką – ale jednak Rodziną!

amejka nagrobek mini

Nagrobek Małżonków Amejko – na cmentarzu w Scranton

Niesamowite w poszukiwaniach genealogicznych w Stanach jest to, że są tam dostępne scany starych gazet (lokalnych), w których pisało się o bieżących sprawach danej społeczności. Dzięki temu mogłam dowiedzieć się, że Rodzina Amejków była bardzo silnie związana z Kościołem, a także część z nich służyła w wojsku. Nieskromnie mówiąc – chwaląc się przez Rodziną z mojego odkrycia, udało mi się odnaleźć w Archiwum rodzinnym zdjęcie przesłane z USA a przedstawiające Rodzinę Amejków.

Rodzina Amejka

Obecnie – wraz z dalekim kuzynostwem z USA – próbujemy ustalić kto jest kim na w/w zdjęciu. Fantastyczna przygoda, zwieńczona – w moim odczuciu – nie lada sukcesem :)

* jeszcze tylko jako ciekawostkę wskażę, że zarówno w Polsce jak i w USA dochodziło do przeinaczania nazwiska Amejko – w Polsce czasem pisano „Łamejko”, a w USA „Ameika” lub nawet „Amerika”

* dzisiejszy wpis mnie zainspirował i rozszerzyłam swoje poszukiwania na wszelkie możliwe pomyłki językowe i jestem pewna (na 85%) iż znalazłam akt ślubu Szymona Amejki i Józefy zd. Bucholskiej z miejscowości Scranton w Lackawanna County w Pennsylvanii – wcześniej nie było to możliwe bo nie spodziewałam się że zindeksują Szymona Amejkę jako Samuela Aruicka a Józefę Bucholską jako Josie Berhowsky (z tym że trzeba wziąć pod uwagę iż Józefa nie potrafiła pisać więc jej dane zostały spisane przez urzędnika ze słuchu). A oto i moje znalezisko :)

AM Szymon i Józefa

A także dwa dodatkowe dokumenty w postaci aktu zgonu Józefy Amejka zd. Bucholskiej oraz wniosek o Naturalizację Szymona Amejki.

14958030_10153838309072721_1438895820_o

Akt zgonu Józefy Amejka zd. Bucholskiej

14976151_10153838452847721_1707647941_o

Wniosek o naturalizację Szymona Amejki

*** Zagadka trudności z odszukaniem aktu urodzenia Szymona okazała się banalna – otóż w Polsce funkcjonował pod nazwiskiem Łamejka, a nie Amejka. Ot i kolejna zagadka rozwiązana – Szymon urodził się w 1873 roku w Turzy Wielkiej i był synem Wincentego Łamejki i jego małżonki Marianny z Koszczołów :) Fantastyczne zakończenie wieczornych poszukiwań :)

AU Szymon amejka

Akt urodzenia Szymona Łamejki (Amejki)

14971645_10153838491697721_1111978503_o

Akt zgonu Szymona Amejki

ponieważ Ponieważ

Jak już wcześniej wspominałam Rodzina Ojca mojej Prababci nosiła jakże urocze nazwisko „Ponieważ”. Proszę mi wierzyć, że jest to zmora dla poszukiwań via internet – kto nie wierzy niech spróbuje wpisać w Google słowo Ponieważ. Mimo wszystko jest ono dość charakterystyczne i rzadko spotykane (wyszukiwarka MoiKrewni wskazuje, że jest ich w Polsce 451 „sztuk”). 

Adam Ponieważ – Ojciec mojej Prababci –  urodził się w dniu 6 lutego 1870 roku w miejscowości Turza Mała w parafii Lipowiec, jako syn Wawrzyńca Ponieważ i Ewy Ponieważ zd. Dylewskiej. Do Chrztu Świętego udzielonego w dniu 8 lutego 1870 roku przez wikarego lipowieckiego Leona Żbikowskiego został podany przez swego Ojca, a świadkami to zdarzenia byli Wawrzyniec Cegiełka i Maciej Bandurski. Jego Rodzicami Chrzestnymi byli Bartłomiej Frączkowski i Marianna Atemborska.

AU Adam Ponieważ

Akt urodzenia Adama Ponieważ

W dniu 25 lutego 1900 roku w Mławie, Adam Ponieważ w obecności świadków Bartłomieja Bukowskiego i Józefa Tomkiela zawarł związek małżeński ze Stanisławą Bucholską (córką Mikołaja Bucholskiego i Julianny Bucholskiej zd. Bęcławskiej). Interesującym jest fakt, że ślubu – który miał miejsce w Mławie – udzielił wikary kościoła Sarnowo – Ksiądz Stanisław Augustowski za pozwoleniem miejscowego Proboszcza – co może być „ukłonem” dla szlacheckiej rodziny Sarnowskich, z których wywodziła się żona Antoniego Bucholskiego (brata Stanisławy Ponieważ zd. Bucholskiej) – Marianna zd. Sarnowska.

Stanisława Ponieważ z domu Bucholska urodziła się w dniu 21 października 1880 roku w miejscowości Lewiczyn, jako córka Mikołaja Bucholskiego i Julianny Bucholskiej zd. Bęcławskiej. Do Chrztu Świętego została podana przez swego Ojca Mikołaja Bucholskiego w obecności świadków Antoniego Bucholskiego i Mikołaja Burzackiego. Jej Rodzicami Chrzestnymi byli Antoni Bucholski i Cecylia Malik. 

AU Bucholska Stanisława

Akt urodzenia Stanisławy Bucholskiej

Po ślubie Adam Ponieważ i Stanisława Ponieważ z domu Bucholska zamieszkali w Lewiczynie (gmina Lipowiec Kościelny, powiat mławski, województwo mazowieckie). Pierwsze dziecko Adama i Stanisławy Ponieważów – Genowefa Ponieważ – urodziło się 5 listopada 1900 roku w Lewiczynie, a do Chrztu Świętego zostało podane przez swego Ojca w dniu 18 listopada 1900 roku w obecności Adama Bilickiego i Bartłomieja Bukowskiego. Jej Rodzicami Chrzestnymi byli Adam Bilicki i Józefa Bukowska. Akt urodzenia Genowefy był nie lada gratką dla mnie jako poszukiwacza, gdyż zawierał dwie dodatkowe adnotacje – jedną, dotyczącą zawarcia przez Genowefę Ponieważ w dniu 17 czerwca 1923 roku związku małżeńskiego z Józefem Kiersztejna (Kersztejna) i drugą, dotyczącą jej śmierci, która nastąpiła w dniu 10 października 1994 roku – fantastyczne znalezisko, znacznie ułatwiające poszukiwania.

genowefa ponieważ AU

Akt urodzenia Genowefy Ponieważ

Z wniosku o wydanie dowodu osobistego, który Genowefa Kiersztejna zd. Ponieważ złożyła w dniu 12 listopada 1962 roku wynika, że na jej wykształcenie składała się nauka w trzech klasach, a zawodem wykonywanym przez nią była praca na roli w Lewiczynie. Genowefa była wzrostu średniego i miała szare oczy. Wraz z Józefem doczekali się trójki dzieci: córki – Reginy Kiersztejna – która urodziła się około 1929 roku, a zmarła w wieku piętnastu lat w dniu 22 marca 1944 roku, syna – Edwarda Kiersztejna, który zmarł w 2003 roku oraz córki Heleny. Mąż Genowefy zmarł w dniu 21 września 1956 roku. Ponieważ dość późno zaczęłam swoją przygodę z genealogią – wiele dokumentów przepadło bezpowrotnie. Niemniej jednak udało mi się uzyskać kopię w/w wniosku dowodowego Genowefy a wraz z nim – jej zdjęcie!

Genowefa Ponieważ ZDJ

Kolejnym dzieckiem Adama Ponieważ i Stanisławy Ponieważ zd. Bucholskiej była Waleria Ponieważ, która urodziła się w dniu 5 grudnia 1901 roku w Lewiczynie. Waleria nigdy nie wyszła za mąż. Całe swoje życie poświęciła pracy na roli. We wniosku o wydanie dowodu osobistego, jaki składała w dniu 9 stycznia 1952 roku, wskazała że była pomocnicą rolną i pracowała przy matce – czyli Stanisławie Ponieważ zd. Bucholskiej, zarówno przed jak i po 1939 roku. Podobnie jak w przypadku Genowefy, tak i w przypadku Walerii, udało mi się uzyskać kopię zdjęcia dowodowego Walerii.

WALERIA PONIEWAŻ ZDJ

W 1903 roku Adam Ponieważ, udał się z portu w Bremen na statku Dresden do Stanów Zjednoczonych – w dniu 25 maja 1903 roku dopłynąć do portu w Nowym Jorku. Z manifestu statku wynikało, iż Adam Ponieważ zmierzał do swojego przyjaciela Jana Lecha, który mieszkał w Cleveland – niestety nie doprecyzowano, o które Cleveland chodzi, a miejscowości o takiej nazwie jest… 17 w Stanach Zjednoczonych Ameryki.

Adam ponieważ karta

Informacja ze strony Ellis Island

W czasie kiedy Adam Ponieważ przebywał w Stanach Zjednoczonych Ameryki, w dniu 9 października 1903 roku na świat przyszło jego kolejne dziecko – Helena Ponieważ – czyli moja Prababcia. Kolejne dzieci Ponieważów przychodziły na świat w następującej kolejności: Stanisław (16.02.1907 – 26.03.1992) – który podobno posiadał niegdyś sklep kolonialny w Działdowie na rynku, Amelia (1908-?), Bolesław (1911-1935), Stanisława (1913-?) i Mieczysław (1917-1939). Podobno było jeszcze jedno dziecko – Henryk – ale na chwilę obecną, jeszcze nie udało mi się go odnaleźć.

Tak jak w przypadku pozostałych członków Rodziny, tak i w tym przypadku nie było wyjątku i funkcjonują różnego rodzaju podania, które wciąż nie zostały potwierdzone – co nie znaczy, że są nieprawdziwe. Podobno Prapradziadek Adam Ponieważ przed II Wojną Światową był założycielem hodowli koni k. Turzy (Wielkiej lub Małej) w województwie Warmińsko-Mazurskim, podobno z tym właśnie „biznesem” wiązała się jego przygoda ze Stanami Zjednoczonymi, podobno wprowadził także powóz czekający przy dworcu kolejowym (jak mi podpowiedziano w Turzy Wielkiej – ale mieszczącej się w województwie Mazowieckim – wciąż jest stacja kolejowa) i odwożący podróżnych do miejsca przeznaczenia (ot takie konne taxi)… Podobno… dużo tego podobno… a to oznacza dużo dalszych poszukiwań… Genealodzy z genealodzy.pl podpowiedzieli, że być może konie były hodowane dla wojsk polskich, więc kilka poszlak już jest…

Sam Adam Ponieważ zmarł podczas epidemii tyfusu i najprawdopodobniej został pochowany w zbiorowej mogile (jego aktu zgonu jeszcze nie udało się odnaleźć)*. Natomiast ze śmiercią jego żony – Stanisławy, wiąże się „ciekawa” historia. Mianowicie podobno umarła… dwa razy! Za pierwszym razem kiedy stwierdzono zgon to powróciła do żywych przebudziwszy się w kostnicy. Ot i historia z dreszczykiem…

*Aktualizacja – dzięki temu wpisowi, za sprawą komentarza pozostawionego pod nim – odnalazł się akt zgonu Adama Ponieważ, który zmarł 1920 roku.

AZ Adam Ponieważ

Zacheusz odnaleziony, a gdzie Ty, Adamie?

Trudno zaprzeczyć, że żyjemy w świecie, który w pewien sposób się kurczy. Wszystko jest bliżej, łatwiej dostępne, szybciej itp. Niemniej jednak kiedy parę lat temu zaczynałam swoją przygodę z genealogią, podróż do Stanów wydawała mi się tak nierealna jak podróż w kosmos. Tymczasem jak się okazało moi Przodkowie na początku XX wieku „śmigali” do Wujka Sama z dość wysoką częstotliwością! Jednym z nich był Adam Jastrzębowski (1873-1934) – Ojciec rzeczonego już Zacheusza. Ale od początku…

Adam Jastrzębowski urodził się maleńkiej wsi Zembrzus (obecnie gmina Janowo, powiat Nidzicki, województwo Warmińsko-Mazurskie) w 1873 roku, jako syn Antoniego Jastrzębowskiego i Marianny zd. Cichowskiej. Miał brata (Jana) i dwie siostry (Juliannę i Józefę) – jednak to on był najstarszy z całego rodzeństwa. 

500641_562240pppl272ie406by34 Akt urodzenia Adama Jastrzębowskiego

W wieku 24 lat (tj. w 1897 roku) Adam Jastrzębowski poślubił Leokadię zd. Zakrzewską (1876-?), córkę Tomasza Zakrzewskiego i Domicelli Ludwiki zd. Kamińskiej. Ślub miał miejsce w Wieczfni Kościelnej, a zaślubin dokonywał Ksiądz proboszcz Remigiusz Jankowski. Świadkami tego radosnego wydarzenia byli Dionizy Kamiński (mąż siostry panny młodej – Stanisławy Kamińskiej zd. Zakrzewskiej) oraz Adolf Jabłonowski. Obecnie parafia ta jest pod wezwaniem Świętego Stanisława Biskupa Męczennika. Z tego co udało mi się ustalić, z pewnością Adam i Leokadia doczekali się co najmniej trójki potomstwa – Marianny Krzemińskiej zd. Jastrzębowskiej (1900-1980), Genowefy Jastrzębowskiej oraz Zacheusza. Z podań rodzinnych wynika że był jeszcze jeden syn – Franciszek, ale na to nie znalazłam potwierdzenia. 

Z dużym prawdopodobieństwem można stwierdzić że Adam, niedługo po narodzinach córki Marianny, wyruszył z portu w Hamburgu na statku BATAVIA do USA (maj 1901 roku). Co ciekawe w manifeście statku w rubryce, której należało wskazać do kogo dana osoba zmierzała – Adam Jastrzębowski wskazał że jechał do swego… brata… do Michigan! Jest wskazany adres aczkolwiek jest on nieczytelny.

batavia (2)

manifest

Informacje ze zbiorów Ellis Island

Adam nasz musiał jednak powrócić, gdyż w sierpniu 1903 roku urodziła się ich druga córka Genowefa. Podczas jej narodzin Adama nie było w „Polsce”. Ponownie więc ruszyłam do zbiorów Ellis Island lecz tym razem nie odnalazłam żadnego pasującego rekordu. Kiedy już miałam wysnuć kolejną kontrowersyjną teorię, z pomocą przybyła mi nowo poznana genealogiczna przyjaciółka Nancy, która to odszukała na FamilySearch informację o jego podróży na statku „Switzerland” w kwietniu 1903 roku. 

US-PASS-PA-004759403-12539

Informacja ze strony FamilySearch

Jakby tego było mało – na tej karcie odnotowano, iż podróżował ze Stanisławem Szczepkowskim. Zaznaczenia wymaga fakt, iż Rodzina Jastrzębowskich w kilku miejscach łączyła się ze Szczepkowskimi (np. siostra Adama – Józefa, poślubiła Tomasza Szczepkowskiego, a przyrodni brat ojca Adama, tj. Antoniego – Baltazar Jastrzębowski, poślubił Mariannę ze Szczepkowskich).

Kolejną podróż do Stanów Zjednoczonych odbył Adam Jastrzębowski najprawdopodobniej z portu w Bremen w dniu 5 maja 1906 roku na statku Prinzess Alice, by w dniu 17 maja 1906 roku dopłynąć do portu w Nowym Jorku. Z manifestu statku wynika, iż jego ostatecznym celem podróży miał być pobyt u kuzyna na Long Island (może chodziło o Szczepkowskiego?). W manifeście z tej podróży przy danych Adama znajduje się adnotacja NON IMMIGRANT, ALIEN – co może wskazywać na to, że nie posiadał obywatelstwa amerykańskiego (brak naturalizacji) ale posiadał zgodę na przebywanie w USA przez określony czas. Nadto, z wyżej wskazanego manifestu wynika, że Adam chciał udać się na Long Island, do kuzyna (adres nie jest czytelny), a również to, że był piśmienny oraz potrafił czytać w języku angielskim. Tym razem Adam był w posiadaniu $28, a także wskazał iż już kiedyś był w Stanach Zjednoczonych Ameryki – podając jednocześnie rok 1899. Niestety na chwilę obecną nie udało się potwierdzić tej informacji.

prinzess alice

Informacja ze zbiorów Ellis Island

Z podań rodzinnych wynika, że Adam planował zabrać całą Rodzinę do USA, jednak Leokadia chciała pozostać w kraju. Delikatnie mówiąc, ich drogi rozchodziły się, aż w końcu Adam udał się w ostatnią podróż z Polski do USA w 1910 roku. Nie licząc kilku listów, które podobno napisał do swego syna – Zacheusza – słuch po nim zaginął. Miał być w Baltimore… miał mieć kolejną żonę (ba! może nawet w tym samym czasie kiedy Leokadia jeszcze żyła…)…miał pozostawić po sobie majątek…w końcu tuż przed II Wojną Światową w gazecie polskiej miało się ukazać ogłoszenie o poszukiwaniu jego spadkobierców. Wiele być miało – a nie wiele tak naprawdę było wiadomo, a jeszcze mniej się potwierdziło. Poszukiwania informacji na temat Adama były niezwykle trudne, z uwagi na przeinaczenia jego nazwiska. Ciężko było stwierdzić czy dane rekordy dotyczące np. Adama Jastrzębskiego dotyczyły mojego Adama. No ale przetrenowana na jego potomku byłam cierpliwa. Około 2 lat poszukiwałam jakiegokolwiek aktu związanego z Adamem przebywającym w USA, aż pewnego dnia udało się odnaleźć go w cenzusie z 1930 z… Michigan…w ośrodku o dźwięcznej nazwie Eloise.

record-image_33S7-9RHV-7PW

Informacja pochodzi z FamilySearch

Adam w w/w spisie figuruje jako 57-letni wdowiec, będący pacjentem ośrodka Eloise. Ośrodek ten był niczym innym jak tylko szpitalem dla osób biednych i cierpiących na choroby psychiczne oraz sanatorium dla osób zmagających się z chorobami układu oddechowego, mieszczącym się w stanie Michigan w miejscowości Wane County (Detroit). Ośrodek ten powstał w 1832 roku (otwarty został w 1841 roku) i był umiejscowiony u zbiegu ulic Gratiot i Mt Elliott. Szpital ten w stosunkowo krótkim czasie stał się niemalże samowystarczalną instytucją. Na jej terenie była piekarnia, punkt straży pożarnej, komisariat policji, kaplica, pralnia, elektrownia a także suszarnia tytoniu (którym w tamtym czasie leczono choroby górnych dróg oddechowych a także którym handlowano). Do dyspozycji pacjentów oraz personelu medycznego (20% z personelu mieszkało na stałe w budynkach szpitala) była oddana również biblioteka. Ośrodek ten w zastraszającym tempie rozrastał się – co było spowodowane rosnącą liczbą pacjentów (w szczególności tych z problemami psychicznymi) – i w latach ’40 XX wieku na jego terenie znajdowało się już 75 budynków! Kolejne dziesięciolecie przyniosło tej placówce tytuł jednego z najlepszych w kraju. W latach ’60 ośrodek zaczął borykać się z problemami finansowymi i zaczął stawiać na jak najszybsze przywracanie pacjentów do uczestniczenia w normalnym życiu codziennym, tj. poza murami Eloise. Niestety czasem powodowało to pewnego rodzaju problemy – gdy np. podekscytowany opuszczeniem ośrodka pacjent, ukradł samochód i uciekając przed policją spowodował pięć kolizji i staranował dwie blokady policyjne. Ponadto, według zachowanych dokumentów, niektórzy pacjenci byli zabierani przez pracowników Eloise do ich domów gdzie byli zatrudniani w charakterze służby.

800px-Eloise34

Zdjęcie ze strony AsylumProjects

Po zamknięciu wyżej wskazanego ośrodka popadł on ruinę. W pobliżu ośrodka znajdują się trzy cmentarze, na których byli chowani pacjenci szpitala w latach pomiędzy 1890 a 1940. Szacuje się, że pochowanych jest tam około 7.000-8.000 osób. Niestety „nagrobki” sprowadzają się do wyrytego w nich numeru. Obecnie zaczynają się prace mające na celu przypisanie poszczególnych numerów nagrobków do konkretnych osób.

Długo trwały poszukiwania aby ustalić z jakich przyczyn Adam Jastrzębowski znalazł się w tymże ośrodku, aż w końcu udało się odnaleźć akt zgonu wystawiony 10 marca 1934 roku w Szpitalu Eloise. Żeby było śmieszniej – nie potrafię teraz odszukać strony na której ten akt odnalazłam. Ot taki jednorazowy prezent od losu…

Photo1501426Akt zgonu Adama Jastrzębowskiego

Z aktu tego wynika, że Adam Jastrzębowski w chwili śmierci miał 61 lat (a zatem rok urodzenia się zgadza), był wdowcem – ale informacje odnośnie jego małżonki nie są znane (co może wskazywać, że Adam nie ożenił się powtórnie podczas pobytu w Stanach Zjednoczonych – w przeciwnym razie dane małżonki byłyby dostępne). Jako datę urodzenia wskazano 10 lutego 1873 roku (jest to nie wielka pomyłka – Adam urodził się 4 stycznia 1873 roku). Uzupełniono również rubrykę dotyczącą jego zawodu wykonywanego – wskazując, że Adam Jastrzębowski był robotnikiem. Z aktu zgonu wynika również, iż jego Rodzicami byli TONY (skrót od ANTHONY – czyli Antoni) oraz MARY (odpowiednik Marii lub również skrót od Marianny). Jego pochówek na terenie Eloise odbył się w dniu 20 marca 1934 roku. Wskazano również, iż Adam Jastrzębowski był pod opieką ośrodka Eloise od 21 sierpnia 1928 roku aż do dnia śmierci. Jako przyczynę śmierci wskazano odoskrzelowe zapalenie płuc oraz wrzody dwunastnicy. W dniu 7 marca 1934 przeprowadzono u niego zabieg bronchoeterotomii, na skutek której powikłań najprawdopodobniej zmarł trzy dni później. Wskazano również, że po śmierci została wykonana jeszcze autopsja. 

Przyjmując zatem, że ostatnią podróż Adam Jastrzębowski z Polski do Stanów Zjednoczonych Ameryki faktycznie odbył w roku 1910, a do ośrodka w Michigan trafił w sierpniu 1928 roku, pozostaje teraz rozwikłanie zagadki – co robił Adam Jastrzębowski przez te 18 lat…

Zacheusz Jastrzębowski – czyli jak to wszystko się zaczęło…

Każda historia ma swój początek – mniej lub bardziej imponujący – ale zawsze jakiś ma. W tym przypadku nie było wyjątku. Początek był…tajemniczy.

Większość z osób posiadających dostęp do internetu, przynajmniej raz w życiu wpisywała swoje dane by zobaczyć co wszechwiedzący Wujek wie na ich temat. Idąc tym tropem chciałam ustalić co to „źródło” wie na mój temat… potem na temat moich Rodziców… pozostałych krewnych… Teraz już wiem, że tak narodziła się ciekawość genealoga. Przy nazwisku Pradziadka – wówczas dla mnie brzmiącego iście polsko – pojawiła się informacja o osobie o imieniu Wojciech Bogumił Jastrzębowski (1799-1882). Już z wstępnych kilku informacji udało mi się ustalić, że wywodził się z okolic mojego Pradziadka i że był niesamowitym naukowcem. Niewielu mogło w tamtym czasie poszczycić się takimi osiągnięciami naukowymi. Podziw dla tego człowieka spowodował, że chciałam ustalić czy mogłam mieć aż takie szczęście i być z nim spokrewniona. Aby tego dokonać musiałam zrobić nie lada wywód genealogiczny ze strony mojego Pradziadka Zacheusza. Wszystko wydawało się takie proste, znałam jego datę i miejsce urodzenia, datę ślubu i datę śmierci. Uparłam się jednak, że skoro szukam to porządnie. Postawiłam sobie za cel odszukania wszystkich możliwych aktów w tym jego aktu urodzenia. I tak utknęłam… na 3 lata! Szukałam sama i przy pomocy wspaniałych ludzi z portalu genealodzy.pl a także przy pomocy Archiwów Państwowych. „Atakowałam” chyba już ze wszystkich możliwych stron. Udało mi się nawet poprzez wyszukanie karty ewidencyjnej ustalić numer aktu urodzenia Pradziadka, a mimo wszystko Archiwum powtarzało, że owego aktu brak. Znajdowano mi innego Zacheusza – urodzonego co prawda w 1906 roku ale syna Baltazara, a nie Adama (przez chwilę wybuchło nie lada zamieszanie w Rodzinie jak postawiłam tezę, iż Ojcem Pradziadka był ktoś inny). Archiwa w których też pracują pasjonaci – nie poddawały się. Tu muszę poczynić pewną dygresję – przez tyle lat poszukiwań bardzo często zdarzają się chwile zwątpienia… chęci rzucenia tego wszystkiego w kąt… bo napotykamy na mur, na braki, na brak pomysłu… i proszę mi wierzyć, że zawsze (!) zdarza się coś, co w oka mgnieniu przywraca chęć dalszego działania. Tak było i w tym przypadku. Cierpliwość u genealoga to absolutny mus! Jeśli jednak ktoś z Państwa jest cholerykiem (jak ja) nic straconego – genealogia ulecza! Po kolejnym roku „dryfowania po innych przodkach” na stronie genealodzy.pl pojawiły się fotokopie metryk i tak trochę od niechcenia (a może nawet i na pożegnanie z tą przygodą) postanowiłam raz jeszcze przejrzeć tę nieszczęsną księgę z 1906 i… pod numerem 69 (tak jak podawałam) oto był on. AKT! TEN AKT! Jak się okazało – uprzednio dwie strony się skleiły (ot i moje szczęście).

Zacheusz AU 

Pierwszy raz w życiu zdarzyło mi się krzyknąć w środku nocy (pomijając Sylwestra). Mój osobisty Graal. Oto ten Zacheusz – syn Adama i Leokadii zd. Zakrzewskiej, wnuk Antoniego i Marianny zd. Cichowskiej, prawnuk Józefa Jakuba i Pauliny zd. Roman, praprawnuk Bernarda i Bogumiły zd. Moszczeńskiej – okazał się… nie być spokrewnionym z wyżej wspomnianym Wojciechem Bogumiłem Jastrzębowskim. Jak do tego doszłam, to uśmiechnęłam się sama do siebie myśląc, że ten Wojciech wciąż jest niesamowitym uczonym i nauczycielem… zainspirował mnie, „nauczył” historii, „naprowadził” na niesamowitych ludzi (niektórych z nich miałam zaszczyt poznać osobiście), był przy tym konsekwentny i wymagający – czegóż więcej chcieć od nauczyciela…

AM (1)

 

Zacheusz Jastrzębowski poślubił w 1928 roku moją Prababcię Helenę zd. Ponieważ (cudowne nazwisko do poszukiwań, prawda?!). Ślubu w Kościele św. Trójcy w Mławie udzielał im ks. Teodozjusz Brudnicki (który następnie w 1942 roku zmarł w obozie w Dachau – jako przyczynę wskazano wycieńczenie i głód).

BRUDNICKIteodozjusz01_h900_01

Ksiądz Teodozjusz Brudnicki – zdjęcie pochodzi ze strony Rzymskokatolickiej Parafii pw. Św. Zygmunta

Moi Pradziadkowie doczekali się siedmiorga dzieci, przeżyli przesiedlenie w 1940 roku w okolice Hagenfließ (obecnie Leskowo), gdzie pracowali (wraz z dziećmi) u bauera. Gdy nadchodził front rosyjski, Rodzinie Zacheusza i Heleny udało się zbiec w kierunku Zalewu Wiślanego, gdzie poprzez zamarznięte wody udało im się dostać na brzeg. Niektórzy nie mieli tyle szczęścia i wozy wielu rodzin tonęły wraz z ludźmi pod spękanym lodem. W 1945 roku udało im się powrócić w znane im okolice tj. do Narzymia. Wkrótce jednak przeprowadzili się do Działdowa gdzie osiedli na stałe.

 Z „podań” rodzinnych jest mi wiadomo, że przed II Wojną Światową Pradziadek pracował w kopalni we Francji (Billy Montigny przy szybie nr 10) i Belgii, a także przy budowie linii Maginota, jednakże póki co (albo niestety „już nie”) nie udało mi się jeszcze odnaleźć jakichkolwiek dokumentów to potwierdzających. Z Francuskich instytucji zajmujących się archiwizowaniem dokumentów dotyczących polskich górników pracujących we Francji przed wybuchem II Wojny Światowej otrzymałam informację, że nie posiadają dokumentów dotyczących Zacheusza. Ot i kolejna zagadka…

800px-Billy-Montigny_-_Puits_n°_10_(03)

Zdjęcie pochodzi ze strony Wikipedia

Pradziadek Zacheusz zmarł w 1975 roku (tj. przed moimi narodzinami) więc nie miałam szansy o cokolwiek zapytać, a Prababcia Helena zmarła w 1989 roku, tj. kiedy miałam 5 lat – czyli kiedy jeszcze nie wpadłam na to aby pytać… teraz pozostaje mi pytać Archiwa… Tak czy inaczej to tylko jedna z wielu historii, które mam nadzieję tu przedstawiać – a nóż dzięki temu ktoś wpadnie na pomysł pytania i nagrywania opowieści rodzinnych znacznie wcześniej niż ja…

501101_651415i5n9yu25045401h5

Pradziadek Zacheusz i Prababcia Helena Jastrzębowscy

Link do życiorysu Wojciecha Bogumiła Jastrzębowskiego – Ergonomia Polska

Tytułem wstępu

Nigdy nie byłam miłośniczką historii – była ona dla mnie zbyt odległa i nie czułam z nią jakiegokolwiek związku. Nie rozumiałam jej. Nie potrafiłam wyobrazić sobie wydarzeń, o których czytałam. Tym większym zaskoczeniem dla mnie był fakt, iż genealogia mojej Rodziny – która poniekąd jest jej historią – stała się moją pasją. Zaczęło się niewinnie – od postawienia sobie za cel odnalezienia jednej metryki. Potem jeszcze jednej… i jeszcze paru. Po kilku latach w drzewie genealogicznym znalazło się ponad 2000 osób, których losy były pełne podróży, dotknięte piętnem wojny, rodzinne, spokojne, a niektórych – wciąż jeszcze nie odkryte.

„Wsiąkłam” w genealogię dobre 7 lat temu. Cierpliwie (choć cierpliwość nie jest moją najmocniejszą stroną) pisałam i wysyłałam wnioski do przeróżnych Urzędów, Archiwów, Instytucji czy Przedsiębiorstw. Każdą kopertę czy maila otwierałam z drżeniem rąk i serca. Wizja pojawienia się kolejnej „gałęzi rodzinnej” jawiła się niczym rozkwitający pąk. Były to niemalże mistyczne chwile. Informacje o niemożności odnalezienia jakiegoś dokumentu, odbierałam niczym osobistą porażkę – wyrzucałam sobie, że nie zaczęłam tej przygody wcześniej, kiedy jeszcze dane dokumenty nie zostały zniszczone z uwagi na upływ ustawowego czasu. Świadomość tego, że jakiś dokument przetrwał trudy wojny, okupacji ale został bezpowrotnie zniszczony bo wybił jego czas, napawał mnie furią. Tak niesamowita historia ludzi, zwykłych – rolników, dzierżawców itp, –  którzy nie zapisali się na polskich kartach historii, przez takie postępowanie, przepada. Dlatego zdobycie jakiegokolwiek dokumentu, jego kopii, scanu, zdjęcia napawa dumą i poczuciem wydobycia ich niczym z odmętów zapomnienia. Potem następuje mozolny proces składowania papierów. Do niedawna miałam jeden zeszyt, w którym robiłam notatki i kilka koszulek z kopiami dokumentów. Teraz uzbierało się tego ponad dwa segregatory. Przyszedł czas kiedy pojawiła się myśl, że może warto by było to wszystko zebrać, usystematyzować i opisać – wraz z rysem historycznym, okrasić starymi zdjęciami rodzinnymi i tymi dostępnymi w internecie, obrazującymi okolice miejsc życia codziennego moich Przodków. Tak zrodził się pomysł napisania „książki”. Choć bardzo lubię pisać to okazało się, że taka ilość zgromadzonych dokumentów wymaga nie lada wysiłku by je opisać. Niemniej jednak – postanowione – piszę… stron jest póki co…50. Większość z tego co napisałam pojawi się także i tutaj.

Powiedziano mi, że genealog inaczej stąpa po ziemi, która kryje szczątki jego przodków, spogląda na ich kulturę i całą spuściznę, gdyż czyni to z pełną świadomością jej losów i szacunkiem dla ludzi, którzy byli tu przed nim. Kroczę więc tą drogą, odkrywając zapomniane, walcząc o możliwość odzyskania ważnych dokumentów (co w większości przypadków jest walką z czasem), a także – w miarę możliwości – przywracając wizerunki ludzi, których nie miałam możliwości poznać czy pamiętać. Mogę nieskromnie powiedzieć, że mam poczucie tworzenia kapsuły czasu – do której teraz Was zapraszam.